piątek, 22 listopada 2013

Coś nowego w naszej szkole

Już niedługo w ramach blogu bibliotecznego ja, Marcelina Stachyra i Asia Dychała rozpoczniemy pracę nad vlogiem:)
[vlog=wideoblog]!!!
Jeśli macie jakieś pomysły, czym możemy się zająć lub pytania do nas, to piszcie na adres: EMA.KIVVI@spoko.pl

Czekamy:)
Dziewczyny z vloga:)





czwartek, 21 listopada 2013

Władcy Solanny. Rozdział 1

Rozdział 1

Adopcja

   Li biegła przez podwórze sierocińca, jej kasztanowe włosy, przeplatane gdzieniegdzie rozjaśnionymi kosmykami w kolorze pszenicznego ziarna, rozwiewały na wietrze. Dnie Adopcji zawsze były dla niej koszmarem. Wiecznie się chowała. Miesiąc wcześniej, w ostatni Dzień Adopcji, ukryła się między korzeniami dużego, starego dębu. Opiekunka Amorowska jakimś cudem znalazła jej kryjówkę. Nikt jednak nie będzie podejrzewał, że schowała się drugi raz w tym samym miejscu, a właściwie ponad nim.
   Dopadła drzewa i zaczęła się wspinać. Coraz wyżej i wyżej. Usiadła na jednej z gałęzi i spojrzała za rzekę Miedziankę, przepływającą przez Bogatynię, polską miejscowość na pograniczu Polski, Czech i Niemiec. Przyglądała się kremowemu budynkowi i myślała. Myślała, czemu musiała uczyć się w sierocińcu, a nie w szkole, skoro ta była tuż za rzeką? SP1 Bogatynia, ,,Jedynka", jak się tę szkołę nazywa.
   Mniejsza z tym, Li i tak ma przyjaciół poza sierocińcem. Ankę i Julę. Dziewczyny w jej wieku, które po zajęciach spotykają się z nią przy siatce. Poznały się w pierwszej klasie, kiedy po lekcjach, wracając ze szkoły, Anka i Jula zobaczyły Li siedzącą samotnie na murku. Od razu się zaprzyjaźniły. Anka - wesoła, wiecznie uśmiechnięta, pulchna dziewczynka o jasnych jak słońce włosach, Jula - ruda, zadziorna i piegowata oraz Li - cicha, szczupła, o oczach w dziwnym kolorze, bo złotych.
   Teraz Li czekała, czekała i w międzyczasie jadła to, co po śniadaniu zabrała z jadalni. Li była w pierwszej klasie gimnazjum i powinna być na lekcjach, ale w Dnie Adopcji zrywała się z nich. Właściwie Dzień Adopcji był organizowany dla tych, których rodzice nie żyli, inni wracali do domu na weekend albo po tygodniu wracali do domu. To był właśnie największy ból - nie mieć rodziców.
   Dochodziła druga po południu, kiedy do uszu Li dobiegło wołanie pani Amorowskiej. 
- Li! Li! Pokaż się! Pewien miły pan chciałby cię poznać! - wołała słodkim głosem.
   Uparta Li tkwiła na gałęzi. W pewnym momencie z dłoni wyśliznęła jej się spinka, która spadła prosto na dłoń nieznanego osobnika stojącego akurat pod drzewem. Ten spojrzał na nią i uśmiechnął się ciepło, Amorowska spojrzała w to samo miejsce.
- Złaźże na dół! Doigrałaś się, panno Lilio Markowska! Mam dość tego twojego wiecznego uciekania! Co ci w ogóle wpadło do tej głupiej łepetyny!? Chcesz spaść!?
- Wspinam się na to drzewo od ponad roku i jakoś ani razu nie spadłam! - odparowała z góry Li.
- Jestem pewien, że się dogadamy! - zawołał przybysz ciepłym głosem. - Zejdź na dół, albo ja wejdę do ciebie! Wybieraj! - powiedział ze śmiechem.
   Li nie była pewna, czy mężczyzna da radę wejść tak wysoko jak ona. Niechętnie zeszła na dół. Stanęła przed wysokim, szczupłym, barczystym mężczyzną o wesołej twarzy, ciemnych uśmiechniętych oczach i... białych włosach.
- Chodź ze mną, Li. Tak masz na imię, prawda? - uśmiech mężczyzny się rozszerzył.
- Tak, jestem Li - odpowiedziała na pytanie i na uśmiech.
- To ja cię tu przyniosłem. Chcieliśmy cię zatrzymać, ale nie mieliśmy warunków. Ale teraz nareszcie możesz z nami zamieszkać! Czekałem na to długie czternaście lat! To co? Zamieszkasz z nami? - uśmiechnął się jeszcze bardziej, choć to było prawie niemożliwe.
- No... - Li zawahała się, jednak to, co zwykle kazało jej się kryć, teraz milczało. - Zgoda - twarz Li rozjaśnił radosny uśmiech. - To na pana czekałam tyle czasu.
- No, Li, idź się pakuj. Pan Serowicz przyjedzie jutro - powiedziała pani Amorowska.
   Li pobiegła co sił w nogach do pokoju, który dzieliła z Hanką i Tośką, dwiema dziewczynami, które miały wrócić jutro do domu. Dziewczyna rozejrzała się po małym, dusznym pokoiku, w którym mieszkała czternaście lat. Na ścianach były przyklejone stare tapety w misie i słoniki. Na trzech łóżkach leżała pościel z Barbie. Okno przesłaniała ohydna, różowa draperia i porwana, koronkowa firanka. Na półce stała tylko jedna książka, w której opisano bajkę o Wybrańcach. Z tego, co Li wiedziała, to dziesiątka jej starszych towarzyszy porysowała sobie na dłoniach Znaki. Dziwne, pomyślała, patrząc na książkę. Znaki wykonano mistrzowsko, wzruszyła ramionami. Co mi do tego? Otworzyła szafę i popatrzyła na ubrania. Wszystkie szare. Wyjęła je i pomyślała: Może będę wreszcie miała kolorowe ubrania?
   Drzwi otworzyły się z cichym skrzypieniem. Opiekunka wstawiła do pokoju walizkę, którą przywiózł pan Serowicz. Li nagle poczuła się strasznie zmęczona. Uśmiechnęła się do siebie i podniosła walizkę, kładąc ją na łóżku. Otworzyła ją. Na dnie leżał wstrętny, różowy album, podrzucony przez Amorowską. Przejrzała szybko zdjęcia. Na wszystkich była ona - a to jako niemowlę, a to jako małe dziecko. Schowała album do walizy. Coś przykuło jej uwagę. To coś, co wzięła za materiał wykładający walizkę, okazało się kocykiem. Ale jakimś dziwnym, bo bardziej papierowym. Rozłożyła go. To nie kocyk, to MAPA! Mapa jakiegoś kraju... Ach! Co ją to w ogóle obchodzi? Może pan Serowicz włożył ją do walizki przypadkiem? Wsadziła mapę z powrotem i przysypała ją stertą ciuchów i butów. Ni stąd, ni zowąd wpadł jej do głowy pewien pomysł. Wygrzebała album i zaczęła się przyglądać złotookiemu niemowlęciu w beciku. Może to zdjęcie powie jej coś o rodzicach? Zakręciło jej się w głowie. Przyglądała się jednak zdjęciu z coraz większą natarczywością. Zapragnęła znaleźć się tam, gdzie jej rodzice...
   Obudziła się w środku nocy. Stwierdziła, że jest w ubraniu. Zsunęła się bezszelestnie z łóżka i równie cicho wyszła na korytarz. Zerknęła na zegar wiszący nad drzwiami. Było grubo po północy. Coś cicho zaburczało. Li zrobiła zdziwioną minę i złapała się za brzuch. Nie zaśnie głodna. Zeszłą do kuchni i cicho wyjęła coś do zjedzenia. Szybko wróciła na górę i już w piżamie poszła spać.
   W sobotę rano jak zwykle obudziła się rześka, no może tylko głowa ją trochę bolała po tej nocnej eskapadzie. Ubrała się szybko i sprawdziła, czy wszystko spakowała. Wahała się przez chwilę, ale w końcu się zdecydowała i schowała album.
- Li! Pan Serowicz będzie o trzynastej! - powiedziała Amorowska.
- Dobrze! Poczekam! - odpowiedziała Li.
   I czekała, czekała, czekała... Zeszła na obiad i zostało jej jakieś pół godziny, więc poszła znieść walizkę. Ledwo weszła do pokoju, zobaczyła Serowicza, trzymającego jej walizkę.
-O! Cześć Li! Przyjechałem wcześniej, ale powiedziano mi, że jesteś na obiedzie - uśmiechnął się czule do dziewczyny. - To co? Gotowa?
- Tak - nie wiedziała, czy się zaraz nie rozpłacze ze szczęścia.
- No to chodźmy. Przypatrz się dobrze, bo więcej nie zobaczysz tego pokoju - omiótł wzrokiem ponury, różowy pokoik.
- Nie będę tęsknić - zapewniła Li.
   Zeszli na dół. Pan Serowicz coś tam jeszcze podpisał. I wyszła z Domu Dziecka ,,Łużyczanka". Wsiadła do czarnego seata stojącego przy krawężniku i zapięła pasy. Jej nowy opiekun odpalił samochód, który potoczył się po czarnym asfalcie, a Li pomyślała: Już nie jestem sierotą, ale coś w jej sercu szeptało: Nigdy nią nie byłaś.

Chwila relaksu

niedziela, 17 listopada 2013

Władcy Solanny. Prolog

Prolog

   Salazar spojrzał na swoich więźniów. Kobieta i mężczyzna... A gdzie bachor?! Rozejrzał się uważnie po celi, nigdzie nie dostrzegł jednak niemowlaka zawiniętego w beciki.
- Gdzie ona jest?! - krzyknął. Kobieta straciła przytomność, była wyczerpana, mężczyzna tylko wzdrygnął się, ale i tak odpowiedział:
- Gdzieś, gdzie jej nie znajdziesz! - rzekł cichym, dźwięcznym głosem, zupełnie odmiennym od głosu Salazara, skrzekliwego i piskliwego.
- Pożałujesz tego! Ty i twoja żona, Tellanie, i wasza córka, kiedy ją znajdę! A znajdę na pewno - ostatnie zdanie powiedział ciszej, wręcz złowrogo.
- Nie byłbym tego taki... - zaczął Tellan, ale przerwał mu mężczyzna w czerni.
- Milcz! Dokonam tego, co zaplanowałem przed wielu laty, bracie - ostatnie słowo powiedział niemal ze wstrętem.
- Co? Wstydzisz się młodszego brata? - zapytał młodzieniec, który najwyraźniej wyczuł wstręt w głosie Salazara. - Nie chcesz mieć niczego wspólnego z rodziną, odkąd ją opuściłeś? - w jego głosie pobrzmiewała lekka kpina.
- Powiedziałem MILCZ! - Zaraz się dowiem, gdzie ona jest - spojrzał Tellanowi głęboko w oczy, chciał odczytać jego myśli...
- Niczego nie znajdziesz, ani u mnie, ani u Ilori. Przekazaliśmy to wspomnienie temu, kto ją ukrył, nie pamiętam nawet komu.
   Zobaczył jeszcze, jak Salazar zgrzytał zębami, wychodząc. Potem nic. Stracił przytomność...

I co dalej???

   Po zakończeniu Wybrańców postanowiłam napisać jeszcze Władców Solanny. Kilkoro uczniów już widziało pierwsze rozdziały, które będę wrzucać w niedzielę. Dzisiaj, w dzień 11 rozdziału pierwszej książki, wrzucę Prolog i Rozdział 1. Mam nadzieję, że komuś się spodoba, bo Wybrańcy mieli wiernych czytelników.
Mająca nadzieję, że nie przynudza, Kasia Książka :D

Wybrańcy. Rozdział 11

Rozdział 11

   Powstała kwestia sporna czy iść w ostatnie miejsce, w którym mogli być Wybrańcy. Na Cmentarz. Otóż to. Cmentarz był miejscem mrocznym. Jakby tego było mało, Lilith twierdziła, że źle się tam czuje. Nie można jej było winić. Wybranka Życia miała powody, by nie iść w to ciemne miejsce. W dodatku w nocy!!! Will, Wybraniec Energii, był już na Cmentarzu i nie wynikło z tego nic dobrego, ostatecznie wylądował przecież na miesiąc w łóżku, by móc dojść do siebie. Poza tym nikt nie chciał spotkać duchów, zjaw, wilkołaków, wampirów i zombie chodzących tam w nocy. Ale cała ósemka się zdecydowała. 
   O północy wyszli z Zamku, mijając po drodze Widmowego Eda, strażnika z Cmentarza, jedynego miłego ducha ze Stowarzyszenia. Do bramy Cmentarza doszli gdzieś tak wpół do pierwszej. Jeszcze nim weszli, usłyszeli podniesione głosy. Otworzyli bramę, przeszli przez nią i ruszyli na Wielkie Wzgórze. Wielkie Wzgórze to Królewski Grobowiec. Tam właśnie spoczął król Ludwik, który, jak się okazało, został otruty przez oszusta Antonia. 
- Ciekawe, kim okażą się ci Wybrańcy - rozmyślała cicho Kat, podtrzymująca wraz z Liv półprzytomną Lilith. - Na pewno będą chłopakiem i dziewczyną. 
- Nie! Zapomnij o tym, Jacob!- usłyszeli, kiedy podeszli do szczytu Wzgórza. - Powiedziałam, wybij to sobie z głowy! Tak się składa, że zrobię to, jeśli dalej będziesz mi się naprzykrzał! Zrozumiano?!
- Ekhem... - odchrząknął cicho Gil. - Kim jesteście?
- A co cię to?! - zapytał chłopak nazwany Jacobem. - Nie powiem ci, no chyba że jesteś książę Carlos! - i wystawił język, co było dość dziecinne.
- Jestem książę Gilan!- odpowiedział Gil - ten, którego podtrzymuję, to Will - wskazał na brata zwisającego mu z ramienia jak Lilith dziewczynom - a ten drugi podtrzymujący to Carlos! 
- Przepraszam! - Jacob od razu spokorniał. - Ta tutaj to Suzan - wskazał oburzoną dziewczynę w wieku Kat, Liv i Lilith - a ja jestem Jacob.
- Miło was poznać - powiedział Cal - Jesteście może Wybrańcami?
- Tak, ja jestem Wybranką Obsydianowego Znaku Śmierci - powiedziała Suzie - ten gbur jest Wybrańcem Marmurowego Znaku Znużenie.
- Marmurowego? - zapytała Kat - ale marmur nie jest kamieniem szlachetnym.
- Tak, wiem - powiedział trochę smutny Jacob - ale to chyba sprawka Głosu.
- Chodźcie do Zamku! - zaproponowała Liv.
- Dobrze.
   Wrócili do Zamku, weszli cicho po schodach, ale kiedy weszli na korytarz prowadzący do ich pokoi...
- GDZIEŚCIE BYLI?! - krzyknęła królowa. - TAK SIĘ O WAS WSZYSTKICH MARTWIŁAM! A to kto? - spojrzała na Jacoba i Suzie.
   Po długich rozmowach wszyscy poszli spać.
   Następnego dnia przy śniadaniu...
- MACIE ZADANIE JAKO WYBRAŃCY - powiedział Głos z Kuli - MUSICIE POZBYĆ SIĘ CZAROWNIKA Z BARLENKIN - i zniknął.
***
- Barlenkin? Gdzie to jest? - zapytała Lilith, kiedy już wyruszyli. 
- Gdzieś w Górach Zachodnich - rzucił przez ramię Will.
   Do Barlenkin dotarli po nudnym tygodniu. Wypytali o Czarownika i skierowali się do jego chaty. Nie obyło się bez kłótni. W końcu ustalili: wszyscy zmierzą się z Aleminorem, bo tak miał na imię, jeśli wygrają, on odejdzie na zawsze.
- Dawaj Wybrańcze Wiatru! - zawołał Czarnoksiężnik, zamachnął się i strącił duży kamień. Cal tylko delikatnie chuchnął i strącił wielki głaz. Will tak naenergetyzował Cala, że Jacob musiał go potraktować swoim Znużeniem, żeby się uspokoił. Gil pobił Aleminora na głowę we władaniu Ziemią. Liv zmoczyła go do suchej nitki, władając Wodą, Caroline podpaliła mu brodę, a Carlos usadził mu na głowie orła bielika. Katrin sprawiła, że wyrósł koło niej wielki dąb, który Suzie uśmierciła, a Lilith później ożywiła. Pokonany Czarownik opuścił Królestwo, a Wybrańcy... odeszli. Weszli do Jaskini Snu i zasnęli, by obudzić się następnym razem...
***
- No, dziabągi! Spać! Zakończyłam czytanie tej absurdalnej bajeczki! - powiedziała opiekunka w sierocińcu do dziesięciorga białowłosych sierot. - Nawet jeśli istnieli, to już pewnie z nimi koniec - powiedziała jeszcze i wyszła z pokoju. Dziesięcioro nastolatków uśmiechnęło się do siebie. Nie, to jeszcze nie koniec, pomyślał każdy z nich i spojrzał na swój Znak.

Koniec

Jeśli wytrzymaliście ze mną i z nimi do końca, to:  SERDECZNE DZIĘKI!!!
Kasia Książka:)
   

piątek, 8 listopada 2013

W japońskim świecie anime

Hakkenden: Touhou Hakken Ibun i Hakkenden: Touhou Hakken Ibun II


Długo zbierałam się, żeby opisać te dwie serie anime. Z tego, co wiem, polska nazwa anime to: Hakkenden: Osiem Psów Wschodu. Każda seria ma po trzynaście odcinków. Zostały oparte na powieściach zatytułowanych Nansō Satomi Hakkenden. Serie opowiadają losy ośmiu młodych mężczyzn, mających kilka wspólnych cech, np.: wszyscy mają znamiona w kształcie kwiatu, zginęli i zostali ożywieni, posiadają po jednej tajemniczej kulce z napisem, ich nazwiska zaczynają się na ,,Inu" i mają opiekunów lub moce pozwalające dalej im przeżyć.