środa, 15 maja 2013

Wybrańcy. Rozdział 5

 Rozdział 5

           W dniu, kiedy Will miał urodziny, wiele innych osób również je miało. Był wśród nich książę Gilan, młodszy z trzech bliźniaków, jednak jego bracia zaginęli bez śladu, gdy byli jeszcze mali. Książę Antonio i książę John - oto jak ich nazywano. ,,Biedacy", myślał w tej chwili Gilan, gdy drzwi się otworzyły. Weszła do komnaty mała postać. Dziewczynka z innego hrabstwa, która miała poślubić Gilana, kiedy ten osiągnie pełnoletność. Miała na imię Katrin. Stanęła w progu i uśmiechnęła się do narzeczonego. Odpowiedział uśmiechem. Pomyślał sobie, czy ktoś prócz jego i jego braci ma dziś swój dzień. Wy już wiecie kto to, a jeśli nie, macie odpowiedź w ,,Rozdziale 4" - jest to, przypomnę raz jeszcze, Will. Ale powrócmy do Gilana i Katrin.
- Gil, wszystko w porządku?
- Tak, tak - odpowiedział na pytanie narzeczonej roztargnionym głosem.
- Przecież widzę, że nie! Nie próbuj mnie zwieść!
- Sama wiesz, o co chodzi - Gilan odrzekł smutnym głosem na te nawały gniewu.
- Wybacz - Katrin nagle złagodniała. - Zupełnie zapomniałam.
- Nie szkodzi. Rodzice moi mają zaraz przyjść.
- Wspaniale!
              Gdy tak rozmawiali, do komnaty weszli król Ludwik i królowa Ludmiła. Spojrzeli na młodych z miłością: kończącego dziś piętnaście lat Gilana i jego dwunastoletnią narzeczoną. Katrin miała szare oczy i nienagannie uczesane ciemnobrązowe włosy, jej usta nie były ani za duże, ani za małe, były w sam raz. Nos prosty i smukły. Jej sylwetka szczupła, tak jakby została ściśnięta gorsetem, ale nie! Gilan zaś miał tak jak ona ciemnobrązowe włosy i oczy w kolorze tak ciemnego brązu, że wydawały się czernią. Był barczysty i wysoki. Do tego dochodziło to, iż był bardzo przystojny. Obojga cechowała dobroć, mądrośc i inne znamienite cechy. Byli dla siebie stworzeni. Pokochali się. Król i królowa o tym wiedzieli. Ślub miać odbyć się za trzy lata, kiedy Gilan ukończy osiemnasty rok życia.
- Gilanie, Katrin, miło was widzieć. Szczęsne nowiny. Bardzo szczęsne - odezwała się Ludmiła.
- Cóż się stało? - spytał młody książę.
- Odnaleziono go... - głos uwiązł jej w gardle.
- Kogo? - dopytywała się Katrin.
- Antoniego - odrzekł za żonę król.
- Wspaniale! - powiedzieli razem narzeczeni. I wtedy do komnaty wszedł Antonio.
               Wyglądał inaczej niż Gilan, ale i niejedno ich łączyło. Jedna rzecz stanowiła dowód. Znamię na prawym nadgarstku. A skoro Antonio wrócił, Gil został automatycznie zwolniony z obowiązku zostania królem. Antonio był bowiem najstarszym z trojaczków. Gil i Katrin byli tacy szczęśliwi! Tron ich nie obchodził!
- Nie żałujesz tronu, bracie? - spytał Antonio.
- Nie! On mnie ni grzeje, ni ziębi.
- Acha. Jesteś pe... - nie dokończył, bo pojawiła się znikąd skrzynia. Gilan odstąpił od Katrin i poszedł ją obejrzeć. Widniało tam jego własne imię. Otworzył skrzynię i znalazł w niej łuk i wiele innych przydatnych rzeczy. Na jego dłoni pojawił się Bursztynowy Znak Ziemi. Wyczuwał, że pozostali Wybrańcy zaczynają zbierać się do przyjazdu do stolicy. Naraz odezwała się Katrin:
- Też jestem Wybranką. Dzielę z kimś mój dar. Mam Spinelowy Znak Ognia.
- Nie do wiary! - krzyknął Gilan.
***
             Tymczasem w Doomsday
 - Gotowi do drogi? Dobrze! Ruszamy. Nigdy nie uwierzę, że wszyscy jesteśmy Wybrańcami! - zawołał Tom.
           Wyruszyli. Jechali dzień i noc, zmierzając ku stolicy, Hammodils. Will poczuł się jakoś nieswojo.
- Energia... za dużo jej tu - Will miał Topazowy Znak Energii.
Jechali jednak dalej. Po kolejnych kilku dniach dojechali do stolicy. Will po drodze znów się zmienił. Włosy i oczy znów mu pociemniały. Uszy pozostały spiczaste. Pojechali w stronę wjazdu na Zamek. Zatrzymał ich strażnik. Musieli się przedstawić. Zajął się tym Tom.
- Nazywam się Thomas Cheptick. Oto moja siostra Alyss, kuzynostwo Amanda Ceiler oraz William Malawert. Jesteśmy Wybrańcami - tu pokazali Znaki - prosimy pokornie o audiencję.
- Król teraz nie może rozmawiać, ale przyjmie was książę Gilan.
           Po tych słowach weszli do Sali Audiencyjnej, gdzie Will i Alyss przeżyli szok! Patrzyli w lustra, a właściwie widzieli osoby takie same, jak oni...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz