czwartek, 26 czerwca 2014

środa, 18 czerwca 2014

Bookcrossing

Drogi Czytelniku,

już po raz drugi uczniowie i nauczyciele przeszukiwali swoje szafy i strychy w poszukiwaniu ciekawych książek. Wczoraj z okazji Ogólnopolskiego Święta Wolnych Książek odbył się w naszej szkole kiermasz zorganizowany przez dziewczęta z koła bibliotecznego. Dzieliliśmy się książkami naukowymi, poradnikami i czytadłami na wakacje.

Zapraszamy za rok,
Twoja Biblioteka i koło biblioteczne


poniedziałek, 2 czerwca 2014

Nauczka

Drogi Czytelniku,

oto bajka Izy Krzyzińskiej...

Nauczka

            Dawno, dawno temu żył sobie na świecie pewien dziewięcioletni chłopiec o imieniu Robert. Pochodził z niezbyt zamożnej rodziny. Nie doceniał tego, co miał i wykorzystywał to, że rodzice nigdy mu niczego nie odmawiali. A przecież to dzięki nim nie chodził głodny i miał się w co ubrać. Jego rodzice tak bardzo się dla niego poświęcali, że aż sami czasami niczego nie jedli, bo chcieli, aby najadł się ich syn. Robert, gdy tylko nadarzyła się okazja, krzyczał na rodziców z byle powodu.
Pewnego wieczoru, po bardzo męczącym dniu w szkole, Robertowi tak bardzo zachciało się spać, że gdy tylko przyłożył głowę do poduszki, od razu zasnął. Miał bardzo dziwny sen. Śniło mu się, że był z wizytą u swoich dziadków i poszedł do lasu, żeby się odprężyć. Zobaczył w oddali jakiegoś ptaka. Zaczął za nim biec, był już bardzo, bardzo blisko, aż w końcu go dotknął. Nagle rozbłysło światło i Robert poczuł się jakoś dziwnie. Podszedł do rzeki i przyjrzał się swojemu odbiciu. Zobaczył, że nie jest już chłopcem, ale żurawiem. Tak się zdenerwował, że zaczął wyrywać sobie wszystkie pióra! Lecz nagle ujrzał wróżkę, która powiedziała:
- Robercie, obserwuję cię od jakiegoś czasu i martwi mnie to, jak traktujesz swoich rodziców. Dlatego uwięziłam cię w ciele żurawia.
Robert odpowiedział:
- A kiedy masz zamiar mnie uwolnić?
- Uwolnię cię, jeśli nauczysz się doceniać to, co masz i w końcu staniesz się samodzielny.
I poszła. A Robert zobaczył innego żurawia i zaczął z nim rozmawiać. Dowiedział się, że w lesie nie znajdzie jedzenia ani opieki, i że wszystko musi zapewnić sobie sam. Pomyślał sobie, że skoro już zna tego żurawia, to go wykorzysta. Skłamał, że nie potrafi znaleźć dla siebie pokarmu, ponieważ ma złamane skrzydło. Ale ptak nie był głupi i poznał się na jego kłamstwie. Zobaczył, że Robert udaje, bo nie chce wypełniać swoich obowiązków.
Żuraw odleciał. Robert został sam. Próbował latać, ale ta sztuka mu nie wychodziła. Postanowił szukać jedzenia. Zobaczył w rzece rybę i poleciał za nią w dół. Nie udało mu się jej złapać, skąpał się tylko w wodzie. Był wściekły, nie wiedział, co dalej robić. Siedział na kamieniu przez długi czas i rozmyślał. No tak! Mógłby przecież komuś zabrać jedzenie! Lecz żaden inny ptak nie dał sobie odebrać jedzenia. Robert znowu usiadł na kamieniu. Zobaczyła go pewna kaczka. Podpłynęła do niego i podsunęła mu pewien pomysł:
- Jeśli chcesz się nauczyć polować i latać, to poproś o pomoc jakiegoś dorosłego ptaka – powiedziała.
- Ale przecież dorośli sami powinni mi pomóc, ja nie muszę o nic prosić! – Krzyknął Robert.
- Słuchaj! Wiem, że tak naprawdę jesteś chłopcem, i że wróżka uwięziła cię w ciele żurawia. Jeżeli chcesz znowu być człowiekiem, to pamiętaj, że musisz być miły dla innych!
Minęło kilka dni, Robert zaprzyjaźnił się z leśnymi ptakami. Był bardzo dumny z siebie, ponieważ  nauczył się tylu rzeczy! Kiedy wróżka przyleciała zobaczyć, jak sobie radzi, była bardzo zdumiona. Robert nauczył się gotować, robić opatrunki i wykorzystywać jedzenie wyrzucane przez ludzi w lesie. Wróżka postanowiła już więcej nie męczyć chłopca i chciała go zmienić z powrotem w człowieka. Jednak zobaczyła coś, co bardzo ją rozczarowało: Robert kradł jedzenie od słowika. Smutna wróżka poprosiła pewnego bociana, aby wytłumaczył winnemu, co znaczy być dobrym ptakiem i człowiekiem. Niestety… i to nie pomogło. Nagle wróżka wpadła na wspaniały pomysł. Namówiła wszystkie ptaki, aby przestały zwracać uwagę na zaczarowanego chłopca. W końcu miał się nauczyć bycia odpowiedzialnym i samodzielnym, musiał też nauczyć się przepraszać.
Na szczęście ten sprytny pomysł zadziałał i już po paru dniach Robert zaczął radzić sobie sam i nawet nie próbował nikogo oszukać. Wreszcie wróżka postanowiła go odczarować. Aby się zamienić z powrotem w chłopca, musiał dotknąć ,,Drzewa Życia”, które znajdowało się w samym środku lasu. Wróżka dała mu odpowiednie wskazówki i chłopiec dotarł na miejsce. Znalazł piękny, duży dąb. Wiedział, że to to drzewo, wyciągnął rękę i dotknął zimnej kory…

 W tej chwili obudził się w swoim łóżku. Szybko pobiegł do swoich rodziców, mocno się do nich przytulił i przeprosił ich za wszystko. W ten sposób Robert z niegrzecznego i nieposłusznego chłopca zmienił się w miłego, sympatycznego i doceniającego rodziców syna. 

Chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami!

Chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami!

            Nazywam się Ściółkacz i jestem muchomorem... No, teoretycznie. Jestem biały i mam czerwone kropki, czyli wyglądam zupełnie inaczej niż inne muchomory. Kiedy miałem już dość lat, by podróżować samemu, wymknąłem się z domu i ruszyłem szukać takich grzybów jak ja.
            Z początku droga była prosta, ale potem zaczęła skręcać i piąć się w górę. Szybko się zmęczyłem i zgłodniałem. Zrobiło się już ciemno, a każdy najmniejszy szelest liści zaczął mnie przerażać, nie przestawałem iść na swojej jednej grzybiej nodze. Nagle przede mną wyrósł wielki kształt. Krzyknąłem przeraźliwie.
- Czemu tak krzyczysz? - Zapytał mnie kształt.
- Prze... przepraszam – wyjąkałem. – Kim jesteś?
- Jestem Bezkolcy Jeż Fucisław. Ale możesz mówić mi Fucio. A ty? Kim jesteś?
- Jestem Białym Muchomorem. Mam na imię Ściółkacz, ale wszyscy mówią na mnie Ściółek.
- Acha - tylko tyle odpowiedział Fucio.
            Podszedł do mnie i wskazał na ścieżkę. Poszedłem we wskazanym kierunku i trafiłem do norki Fucia. Ale Fucio nie mieszkał sam! Mieszkała tam jego żona Kolczyna i dwoje dzieci: Ostrzynka i Igiełek. Bardzo się ucieszyli na mój widok i powiedzieli, że od dłuższego czasu nie było u nich gości. Kiedy Fucio wszedł do norki, okazało się, że nazwisko Bezkolcy ma swoje wytłumaczenie. Fucio nie miał kolców! Kiedy zapytałem go, czy nikt się z niego nie śmieje, odpowiedział:
- Chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami! To zasada mieszkańców lasu.
Wieczór w domu Fucia był bardzo miły. Na kolację pani Kolczyna podała zupę jabłkową, omlety jabłkowe, do popicia kompot jabłkowy, a na deser szarlotkę (najadłem się jabłek za wszystkie czasy!). Tę noc spędziłem u Fucia i jego rodziny. Spałem na tapczanie w kuchni, było bardzo przyjemnie. Następnego dnia rano ruszyłem w dalszą drogę w poszukiwaniu białych muchomorów.
            Poranek był bardzo rześki. Aż chciało się śpiewać z ptakami. Zacząłem nawet nucić piosenkę, którą kiedyś usłyszałem, gdy ludzie przechodzili przez las. Szło to mniej więcej tak:
Szła dzieweczka do laseczka
Do zielonego, do zielonego, do zielonego.
Napotkała myśliweczka
Bardzo szwarnego, bardzo szwarnego, bardzo szwarnego...
         Dalej nie pamiętam, ale trudno. Zacząłem coś podśpiewywać o słońcu. Usłyszałem jakiś szelest. Spojrzałem na na gałęzie nade mną. Siedziały tam kruki. Całe czarne jak noc, ale był tam jeden całkiem biały. Zobaczył mnie i zleciał na dół.
- Hej kolego! Jestem Białek! A ty? - Zapytał mnie trochę skrzekliwym, ale przyjaznym głosem.
- Mam na imię Ściółkacz, ale nazywaj mnie Ściółek. Jak to się stało, że jesteś biały?
- Taki się wyklułem - odpowiedział Białek. – Ale to nic! Białe czy czarne pióra? Co za różnica? Przecież chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami!
            Znowu ten zwrot. Co to znaczy? Nie miałem za bardzo czasu się zastanawiać, bo do Białka podfrunęła czarnopióra ptaszyca.
- Kto to, kochanie? – Zapytała, wtulając główkę w białe pióra.
- To Ściółek. Starczy dla niego obiadu, bo chciałbym go zaprosić?
- Tak, tak. Spokojnie.
            Tak zjadłem obiad składający z owoców. Białek i jego młoda żona byli naprawdę bardzo mili. Po obiedzie ruszyłem dalej.
- Lizak, szybciej! – Usłyszałem jakiś głos.
Lizakiem okazał się lis, dla którego piękna ruda sierść była tylko marzeniem. Za nim biegł jego brat.
- Kogo my tu mamy? - Zapytał pogodnie pierwszy.
- Jestem Ściółkacz, muchomor – odpowiedziałem.
- A ja Lizak, a to mój brat Puszek.
- Czy mi się wydaje, czy ty masz zamiast sierści meszek? - Zapytałem niezbyt taktownie.
- Tak. Ale to nic takiego – zaśmiał się Lizak. – Lubię swój meszek. Robi się późno. Zostaniesz u nas na noc?
- Oczywiście, dziękuję.
            Lisy były bardzo, bardzo miłe. Znowu usłyszałem hasło: ,,Chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami”. Opowiedziały mi, że inne lisy pomagają braciom w czasie zimy, kiedy meszek Lizaka nie wystarcza. Najadłem się za wszystkie czasy pysznymi pieczonymi kasztanami. Spałem przy cieplutkim piecu. Następnego dnia ruszyłem w dalszą podróż.
            Doszedłem na skraj lasu. Rozciągała się tam zielona łąka, na której pasło się stado owiec. Wszystkie białe, tylko jeden mały baranek był czarny.
- O, biały muchomor! – Zawołał. – Jestem Dyzio! Pobawimy się?
 Zgodziłem się i Dyzio podczas zabawy przedstawił mi swoich przyjaciół.
- Chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami! – Roześmiał się. – Dlatego razem się bawimy!
            Teraz dopiero zrozumiałem! Przecież ja nie jestem inny, jestem taki sam jak wszystkie muchomory! Owce zaprosiły mnie na obiad.
W końcu wróciłem do domu, do mamy, taty i innych muchomorów. Zrozumiałem, że tu jest moje miejsce.