poniedziałek, 2 czerwca 2014

Chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami!

Chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami!

            Nazywam się Ściółkacz i jestem muchomorem... No, teoretycznie. Jestem biały i mam czerwone kropki, czyli wyglądam zupełnie inaczej niż inne muchomory. Kiedy miałem już dość lat, by podróżować samemu, wymknąłem się z domu i ruszyłem szukać takich grzybów jak ja.
            Z początku droga była prosta, ale potem zaczęła skręcać i piąć się w górę. Szybko się zmęczyłem i zgłodniałem. Zrobiło się już ciemno, a każdy najmniejszy szelest liści zaczął mnie przerażać, nie przestawałem iść na swojej jednej grzybiej nodze. Nagle przede mną wyrósł wielki kształt. Krzyknąłem przeraźliwie.
- Czemu tak krzyczysz? - Zapytał mnie kształt.
- Prze... przepraszam – wyjąkałem. – Kim jesteś?
- Jestem Bezkolcy Jeż Fucisław. Ale możesz mówić mi Fucio. A ty? Kim jesteś?
- Jestem Białym Muchomorem. Mam na imię Ściółkacz, ale wszyscy mówią na mnie Ściółek.
- Acha - tylko tyle odpowiedział Fucio.
            Podszedł do mnie i wskazał na ścieżkę. Poszedłem we wskazanym kierunku i trafiłem do norki Fucia. Ale Fucio nie mieszkał sam! Mieszkała tam jego żona Kolczyna i dwoje dzieci: Ostrzynka i Igiełek. Bardzo się ucieszyli na mój widok i powiedzieli, że od dłuższego czasu nie było u nich gości. Kiedy Fucio wszedł do norki, okazało się, że nazwisko Bezkolcy ma swoje wytłumaczenie. Fucio nie miał kolców! Kiedy zapytałem go, czy nikt się z niego nie śmieje, odpowiedział:
- Chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami! To zasada mieszkańców lasu.
Wieczór w domu Fucia był bardzo miły. Na kolację pani Kolczyna podała zupę jabłkową, omlety jabłkowe, do popicia kompot jabłkowy, a na deser szarlotkę (najadłem się jabłek za wszystkie czasy!). Tę noc spędziłem u Fucia i jego rodziny. Spałem na tapczanie w kuchni, było bardzo przyjemnie. Następnego dnia rano ruszyłem w dalszą drogę w poszukiwaniu białych muchomorów.
            Poranek był bardzo rześki. Aż chciało się śpiewać z ptakami. Zacząłem nawet nucić piosenkę, którą kiedyś usłyszałem, gdy ludzie przechodzili przez las. Szło to mniej więcej tak:
Szła dzieweczka do laseczka
Do zielonego, do zielonego, do zielonego.
Napotkała myśliweczka
Bardzo szwarnego, bardzo szwarnego, bardzo szwarnego...
         Dalej nie pamiętam, ale trudno. Zacząłem coś podśpiewywać o słońcu. Usłyszałem jakiś szelest. Spojrzałem na na gałęzie nade mną. Siedziały tam kruki. Całe czarne jak noc, ale był tam jeden całkiem biały. Zobaczył mnie i zleciał na dół.
- Hej kolego! Jestem Białek! A ty? - Zapytał mnie trochę skrzekliwym, ale przyjaznym głosem.
- Mam na imię Ściółkacz, ale nazywaj mnie Ściółek. Jak to się stało, że jesteś biały?
- Taki się wyklułem - odpowiedział Białek. – Ale to nic! Białe czy czarne pióra? Co za różnica? Przecież chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami!
            Znowu ten zwrot. Co to znaczy? Nie miałem za bardzo czasu się zastanawiać, bo do Białka podfrunęła czarnopióra ptaszyca.
- Kto to, kochanie? – Zapytała, wtulając główkę w białe pióra.
- To Ściółek. Starczy dla niego obiadu, bo chciałbym go zaprosić?
- Tak, tak. Spokojnie.
            Tak zjadłem obiad składający z owoców. Białek i jego młoda żona byli naprawdę bardzo mili. Po obiedzie ruszyłem dalej.
- Lizak, szybciej! – Usłyszałem jakiś głos.
Lizakiem okazał się lis, dla którego piękna ruda sierść była tylko marzeniem. Za nim biegł jego brat.
- Kogo my tu mamy? - Zapytał pogodnie pierwszy.
- Jestem Ściółkacz, muchomor – odpowiedziałem.
- A ja Lizak, a to mój brat Puszek.
- Czy mi się wydaje, czy ty masz zamiast sierści meszek? - Zapytałem niezbyt taktownie.
- Tak. Ale to nic takiego – zaśmiał się Lizak. – Lubię swój meszek. Robi się późno. Zostaniesz u nas na noc?
- Oczywiście, dziękuję.
            Lisy były bardzo, bardzo miłe. Znowu usłyszałem hasło: ,,Chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami”. Opowiedziały mi, że inne lisy pomagają braciom w czasie zimy, kiedy meszek Lizaka nie wystarcza. Najadłem się za wszystkie czasy pysznymi pieczonymi kasztanami. Spałem przy cieplutkim piecu. Następnego dnia ruszyłem w dalszą podróż.
            Doszedłem na skraj lasu. Rozciągała się tam zielona łąka, na której pasło się stado owiec. Wszystkie białe, tylko jeden mały baranek był czarny.
- O, biały muchomor! – Zawołał. – Jestem Dyzio! Pobawimy się?
 Zgodziłem się i Dyzio podczas zabawy przedstawił mi swoich przyjaciół.
- Chociaż się różnimy, jesteśmy tacy sami! – Roześmiał się. – Dlatego razem się bawimy!
            Teraz dopiero zrozumiałem! Przecież ja nie jestem inny, jestem taki sam jak wszystkie muchomory! Owce zaprosiły mnie na obiad.
W końcu wróciłem do domu, do mamy, taty i innych muchomorów. Zrozumiałem, że tu jest moje miejsce.
            

            

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz